Wyręczanie dziecka, ograniczanie jego samodzielności a rozwój mowy

Godne uwagi? Podaj dalej: Email this to someone
email
Share on Facebook
Facebook
Pin on Pinterest
Pinterest
Print this page
Print

Co wspólnego ma ze sobą wyręczanie dziecka, ograniczanie jego samodzielności i rozwój mowy? Otóż ma i to bardzo dużo. Obserwując dzisiejsze przedszkolaki oraz uczniów coraz częściej można odnieść wrażenie, iż dzieci są coraz mniej samodzielne, za to coraz bardzie wyręczane przez dorosłych. Od jedzenia poczynając, a kończąc na zakładaniu ubrania.

Dlaczego tak się dzieje?

Dzieje się tak, ponieważ dorośli

  • nie mają orientacji, czego i w jakim wieku można oczekiwać od dziecka,
  • ciągle się spieszą i nie mają czasu, aby nauczyć dzieci samodzielnego działania (łatwiej i SZYBCIEJ jest zrobić coś “za” dziecko i kosztuje to zdecydowanie mniej nerwów!),
  • nie stawiają przed dzieckiem żadnych wymagań.

Ktoś mówi za mnie

Wyręczając dziecko w codziennych czynnościach, usuwając mu “spod nóg” wszelkie przeszkody, odbierasz szansę na samodzielność i na naukę różnych potrzebnych w życiu umiejętności. Oto przykłady:

Chłopczyk 3 lata: mama co chwilę pyta go podczas spaceru: “chcesz pić, jesteś głodny?” Dziecko trzyletnie potrafi doskonale rozpoznać czy chce pić, czy jest głodne. Dajmy mu szansę, aby samo nam to powiedziało – tak, jak potrafi. Na początku przez wskazywanie palem, stopniowo podnosimy poziom oczekiwań i domagamy się powtarzania prostych słów: “daj pić”, “daj jeść”. Jeśli dorośli odgadują potrzeby dziecka i werbalizują lub spełniają, zanim ono zdoła je zakomunikować – dziecko nie chce mówić, bo właśnie zostało w tym wyręczone.

Dziewczynka 3 lata: nie przechodzi z etapu wskazywania palcem i wydawania nieartykułowanych dźwięków, kiedy czegoś chce, do etapu mowy czynnej. Dlaczego tak się dzieje? Mama nazywa za nią cały świat. Również jej potrzeby. Dziewczynka pokazuje palcem na lodówkę. Mama dopytuje dziewczynkę: chcesz mleczko? Dziewczynka dalej pokazuje palcem i wydaje dźwięki “yyyy…”. Na to mama “chcesz soczek?” Dziewczynka wyciąga rękę i kiwa głową. Właśnie ktoś odkrył jej potrzebę. Wyręczył ją w mówieniu. Sama już nie musi… Może zamiast tego mama powinna zapytać córkę: “Co byś chciała?”

Wyręczanie w czynnościach samoobsługowych

Obrazek ze szkoły. Miejsce: szatnia szkolna. Jakże częsty widok, gdy uczniowie klas młodszych, a czasem nawet starszych są ubierani i rozbierani przez swoich rodziców. (!!!) Dzieci zapatrzone bezmyślnie w przestrzeń i mamy sznurujące im buty, zapinające guziki, zakładające szaliki, czapki i rękawiczki. Jeśli nie będziemy oczekiwać, aby dzieci uczyły się samodzielności – nigdy się jej nauczą. A przecież codzienne czynności to świetna okazja do doskonalenia sprawności w zakresie motoryki precyzyjnej! Zapinanie suwaków, guzików, zatrzasków, samodzielne jedzenie, zapinanie obuwia na rzepy czy w końcu sznurowanie. Wyręczając dzieci w tych czynnościach pozbawiamy ich okazji do nauki i rozwijania własnej sprawności – sprawności manualnej, której rozwój jest ściśle związany z rozwojem umiejętności werbalnych (mówienia, czytania, pisania). Tak więc wyręczając dzieci w zakresie samoobsługi dodajemy sobie kłopotów na przyszłość.

Zbyt długie używanie smoczka

Smoczek. To temat poruszany wielokrotnie również na moim blogu. Kiedy dziecko wchodzi w wiek coraz większej aktywności werbalnej powinniśmy definitywnie pozbyć się smoczka. I znów niestety częstą sytuacją jest to, że dzieci kilkuletnie do przedszkola przychodzą ze smoczkami. Warto rozważyć taką myśl: jeśli w wieku kilku lat dajemy dziecku przyzwolenie na smoczek, tym samym podajemy mu informację, że nie potrafi się samo uspokoić i potrzebuje do tego “akcesoriów”. Teraz jest to smoczek, w przyszłości może być to kompulsywne jedzenie lub palenie papierosów. Wszak od dzieciństwa jest przyzwyczajone, żeby mieć coś w buzi, co go uspokaja. Rezygnując wcześnie ze smoczka dajemy dziecku szansę na nauczenie się samodzielnego uspokajania. Nie wyręczajmy w tym dziecka podając smoczek. Poza tym spróbujcie włożyć smoczek do buzi i mówić. Zobaczcie, czy otoczenie może Was zrozumieć. Tej kwestii chyba nie trzeba rozwijać 🙂

Nadmierne rozdrabnianie jedzenia

Następny problem to nadmierne, niestosowne do wieku rozdrabnianie jedzenia. To także wyraz nadopiekuńczości i pozbawiania dziecka samodzielności w jedzeniu. Kilkumiesięczne dziecko, którego uzębienie dopiero się rozwija może (a nawet powinno) mieć rozdrabniane pokarmy, aby się nie zakrztusić całymi kawałkami trudnymi do pogryzienia. Kilkulatek (nawet już trzylatek) może zjadać w całości (bez mielenia i miksowania) większość stałych pokarmów.

Oczywiście zawsze musimy być czujni w trakcie jedzenia. Pamiętajmy też o tym, że dzieci, które z pewnych powodów straciły mleczne uzębienie (jest to stosunkowo częste zjawisko) lub mają przyrośnięte lub skrócone wędzidełko podjęzykowe, również mają problemy z rozdrabnianiem pokarmów. Zatem konsystencję pożywienia dostosowujemy do możliwości dziecka. Jeśli nie będziemy nadmiernie rozdrabniać pokarmów możemy tylko zyskać – mięśnie buzi i języka będą miały wspaniałą okazję do dodatkowego wysiłku, co na pewno korzystnie wpłynie na ich sprawność, a co za tym idzie na wymowę. Niech nasze dzieci chrupią jabłuszka i marchewki – na zdrowie!

Literatura polecana: E. Gruszczyk-Kolczyńska, E. Zielińska “Jak czynności samoobsługowe wpływają na dynamikę rozwoju umysłowego dzieci i przyczyniają się do ich lepszego przygotowania do nauki szkolnej” /w/ red. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska “Starsze przedszkolaki. Jak skutecznie je wychowywać i kształcić w przedszkolu i w domu”, Bliżej Przedszkola, Kraków 2014.