Jak organizować pracę będąc logopedą na swoim?

Nie jestem jakimś specem od organizacji, ale coraz częściej dostaję takie pytania, więc podzielę się moimi sposobami. Może Cię zainspirują. Od ponad ośmiu lat pracuję u siebie prowadząc firmę. Moje codzienne aktywności obejmują zarówno pracę indywidualną, jak i pracę z grupami, ale też mnóstwo zadań związanych z prowadzeniem bloga, na którym właśnie jesteś, budowania i utrzymywania relacji z Czytelnikami. Sprzedaję także własne produkty elektroniczne i fizyczne.

Pracuję z dziećmi w terapii, a dla zachowania zdrowych zmysłów lubię popracować z logopedami, którzy chcą się rozwijać zawodowo 🙂 Możesz się śmiać z tego określenia, ale praca z dziećmi mimo wszelkich zalet bywa trudna i lubię pracować z kimś, kogo nie trzeba ciągnąć za uszy  i zachęcać do najmniejszych nawet aktywności i nie trzeba tak mocno walczyć z oporem materii. 😀

Jak wygląda mój tydzień pracy?

Dużo czasu (nawet kilkadziesiąt godzin tygodniowo) spędzam w interakcjach terapeutycznych z dziećmi lub ich rodzicami. Pozostały czas, którego jest mniejszość poświęcam na rozwijanie Logopedii Praktycznej i wszystkiego, co się tu dzieje.

Jak to wszystko ogarniam?

Planowanie pisemne

Po pierwsze: planuję na papierze. Korzystam z jednego planera dużego, w którym notuję plany długofalowe, strategiczne i jednego mniejszego do codziennych zadań. Od jakiegoś czasu mam marzenie, by stworzyć takie narzędzie do planowania dla logopedów, ale to osobna historia.

Po drugie: planer bieżący mam ciągle przy sobie i non stop sprawdzam, jakie mam postępy, zmieniam i modyfikuję zadania. Buduję ciągle swój system planowania. Testuję różne formy zapisu i coraz lepiej mi to idzie, choć początki były trudne i było w tych planerach dużo chaosu.

Bufor czasowy, cele i priorytety

Po trzecie: nie zostawiam bufora czasowego tak często zalecanego w planowaniu. U mnie się to nie sprawdza. Jeśli nie wiesz o co chodzi z tym buforem, to już tłumaczę. Chodzi o to, by nie planować na 100% czasu, ale na 80%, zostawiając bufor czasowy. Czyli na przykład: masz 10 godzin i planujesz zadania tylko na 8. U mnie się to nie sprawdza. Planuję zwykle za dużo na jeden dzień, a potem przenoszę na kolejne dni niewykonane zadania. Mnie taki sposób bardziej mobilizuje. Ale u Ciebie może się sprawdzić model 80 na 100 lub jeszcze inny.

Po czwarte: nauczyłam się wyznaczać cele i nadawać im priorytety. Jeśli coś nie schodzi z mojej listy zadań i ciągle to przenoszę, to zadaję sobie pytanie, czy to naprawdę takie ważne. Czasem okazuje się, że nie i to wykreślam. Jednak najważniejsze w tym jest wiedzieć, jakie są moje główne cele. Jeśli pojawia się jakieś zadanie, które nie jest z nimi zgodne, to nie dostaje wysokiego priorytetu.

A jak przygotowuję pomoce i jak współpracuję z rodzicami?

Po piąte: angażuję rodziców w terapię tylko wtedy, gdy mam z nimi dobry bezpośredni kontakt. Jeśli ktoś nie wyraża zainteresowania współpracą, nie uszczęśliwiam go na siłę. Takie podejście oszczędza wiele czasu, nerwów i energii.

Po szóste: pomoce na bieżące zajęcia – mam już tak opanowane i rozpracowane, że nie czuję potrzeby częstego tworzenia nowych. Staram się kreatywnie wykorzystywać to, co mam (uczę tego też innych logopedów). Oszczędzam w ten sposób czas i też pieniądze na niepotrzebne zakupy.

Po siódme: kserówki dla podopiecznych. Nie robię ich. Zamiast tego zachęcam rodziców do zakupu niedrogich pomocy, na których mogą potrenować w domu. Wymagało to ode mnie zapoznania się z ofertą książek i gier na rynku (powiedzmy, że miałam zadanie ułatwione prowadząc sklep), ale naprawdę się opłaca, bo dzieci chętniej sięgają do kolorowej pomocy  niż do czarno – białych kserówek. A czas, który na tym oszczędziłam przeznaczam choćby na czytanie i pogłębianie wiedzy.

I jeszcze “czasowe” rozkminy…

Po ósme: pogodziłam się z tym, że mój tydzień pracy to więcej niż 40 godzin. Staram się wiele rzeczy wykonywać „zdalnie” z domu. Uczę się odpoczywać. Możesz się śmiać, ale to prawda. W momencie, kiedy to piszę, pracuję ponad miarę. Ciągle uczę się stawiać granice między pracą a wypoczynkiem. W weekendy idzie mi lepiej 🙂

Po dziewiąte: uczę się wykorzystywać tzw. „dupogodziny”. Wrażliwych językowo – przepraszam za zwrot. To takie puste godziny, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Co ja robię? Krótkie zadania, które się zmieszczą w tym czasie, odpoczynek, jedzenie, rozmowa z bliskimi. Te godziny wysysają niestety najwięcej energii i czasem wolałabym przepracować 8 godzin w ciągu, niż z dwugodzinną przerwą. Ale się nie da. Staram się też optymalizować godziny pracy na zewnątrz, poza biurem i łączę je w bloki.

Podsumowując…

Nie da się opisać w kilku zdaniach umiejętności, które szlifuje się latami i na dodatek daleko jeszcze do doskonałości. To dość nowy temat na tym blogu, dlatego ciekawa jestem, czy czymś Cię zainspirowałam. Jeśli chcesz, możesz mi dać znać w komentarzu.  A z czym Ty masz największy kłopot w organizacji? A może masz jakieś swoje sposoby na ogarnianie mnóstwa spraw?